Dom był ogromny, większy nawet od tego, w którym mieszkała z matką. Pachniało w nim cynamonem i wanilią. Z sufitów zwieszały się kryształowe żyrandole z wetkniętymi w nie świecami. Myron Sylvanus, jako osoba samotna, pozamykał większość dębowych drzwi, prowadzących do niepotrzebnych mu pokoi. Jedynymi używanymi pomieszczeniami na dole były: salon, którego część wyraźnie służyła jako gabinet, kuchnia i... toaleta. Na piętro prowadziły błyszczące, drewniane schody z czarną metalową poręczą. Mieściły się tutaj sypialnia pana Sylvanusa oraz pokój przygotowany specjalnie dla Laury. Prowadził do niego długi korytarz obwieszony portretami osób, które nie dość, że cały czas przyglądały się dziewczynce, to w ogóle były bardzo aktywne. Musiało to być kolejne magiczne zjawisko, o którym do tej pory nie miała pojęcia.
- Zwykle są o wiele bardziej rozmowni - mówił ojciec, gdy prowadził Laurę do jej lokum. - Na dole musiałem usunąć wszystkie obrazy, bo nieustannie próbowali nakłonić mnie, abym się w końcu ożenił i zapewnił godnego dziedzica ich nazwisku. Nie dawali mi się skupić na pracy.
- Chcesz powiedzieć, że oni potrafią też mówić? - zdziwiła się dziewczynka.
- Naturalnie. Sama się o tym przekonasz. Jesteśmy na miejscu - dodał Myron Sylvanus, otwierając drzwi przy końcu korytarza.
Nowy pokój Laury zrobił na niej niemałe wrażenie. Trochę obawiała się, że również on będzie tak ciemny jak reszta domu. Na szczęście ściany tutaj były jasnopomarańczowe z fikuśnymi, nielicznymi nieco ciemniejszymi wzorami przy suficie. Łóżko przykryte było rudą kapą, a inne meble z ciemnobrązowego drewna wcale nie sprawiały wrażenia ponurych. Dostała nawet własny, złoty teleskop, którego jak na razie chyba użyje tylko do podglądania sąsiadów. Co prawda, będzie trzeba dodać w pokoju trochę osobistych akcentów, ale jak na początek wcale nie jest źle, można by nawet powiedzieć, że jest bardzo dobrze.
- Podoba ci się? - zapytał ojciec, obserwując przechadzającą się po pokoju Laurę.
- Bardzo - odparła.
- W takim razie ogromnie się cieszę - powiedział pan Sylvanus. - Ale zanim rozłożysz tutaj swoje rzeczy, chciałbym, abyś poznała jeszcze dwóch członków naszej rodziny.
- Aż dwóch? - zdziwiła się dziewczynka.
- Chodź, to sama się przekonasz.
Ojciec poprowadził ją kolejnymi schodami w górę, aż na najwyższe piętro.
- Myślałam, że tutaj będzie strych - powiedziała, przyglądając się zadbanemu korytarzowi. Oświetlały go świece tkwiące w złotych, podwójnych kandelabrach, a drewnianą podłogę przykrywał długi, wąski, beżowy dywan z czarnym haftem.
- Pozory często mylą - odparł tata, otwierając jedne z drzwi. - Dziadku, przyszedłem ci przedstawić twoją prawnuczkę.
Laura nie od razu ustaliła do kogo mówi. Pokój zdawał się być zupełnie pusty. Kurz migotał w promieniach słońca wpadających do środka przez jedno jedyne okno przy okrągłym rustykalnym stoliku z czterema krzesłami. W kącie stało niezasłane łóżko z białą pościelą, w pobliżu stolik do szachów, no i kominek z białego kamienia. Poza tym, wszędzie mnóstwo półek z książkami, które wyglądały na od dawna nie ruszane. Gdy dziewczynka już miała zrobić uwagę na temat, że chyba nikogo tutaj nie ma, właśnie z jednego z regałów wychynęła perłowobiała postać starszego mężczyzny w długiej koszuli nocnej.
Laura aż podskoczyła:
- Co do...?! - wyrwało się jej, gdy wpadła na ścianę za sobą.
- Uprzedzałem cię, że ta okolica pełna jest duchów - powiedział spokojnie tata. - To akurat twój pradziadek, Myrol Sylvanus. Dziadku to moja córka, Laura.
Duch podleciał bliżej, unosząc się kilka cali nad podłogą. Wyciągnął zza pazuchy widmowy monokl i przytykając go sobie do oka, zbliżył się do Laury tak, że ich nosy niemal się stykały. Dziewczynka przylgnęła do ściany tak, jakby chciała się w nią wbić.
- Całkiem ładna jest - wydał werdykt duch, oddalając się w stronę fotela. - Ale ruda.
- A co w tym złego? - zapytała Laura, której nieco ulżyło i przybyło odwagi, gdy "pradziadek" się od niej odsunął.
- Nic - odparł krótko ojciec. - Ale pierwsza żona dziadka była ruda. Uciekła z mugolem.
- I krzyżyk na drogę - warknął duch.
Myron Sylvanus wzruszył ramionami:
- Choć, lepiej przedstawię ci kogoś o wiele przyjemniejszego - powiedział do córki, gdy dziadek usadowił się w fotelu.
Laura tylko skinęła głową. Jak na jeden dzień zobaczyła już za dużo dziwnych rzeczy. Nie była pewna czy kolejną "niespodziankę" będzie w stanie przyjąć równie spokojnie. Czuła się trochę jak "Alicja w Krainie Czarów".
- Mam wrażenie, że czarodzieje nie przepadają za ludźmi niemagicznymi - zauważyła, gdy drzwi się za nimi zamknęły i ruszyli z powrotem na dół.
- Czy ja wiem... - mruknął ojciec. - Zależy od rodziny... Magia nie czyni nikogo wyjątkowym. Ja na przykład bardzo podziwiam mugoli za to, ile rzeczy potrafili wymyślić, aby obejść się bez czarów. Za to mój ojciec... No, powiedzmy, że za nimi nie przepadał. Trudno się temu dziwić, skoro jego matka zostawiła go, gdy miał siedem lat, aby uciec z mugolem. Zawsze powtarzał, że czarodzieje absolutnie nie powinni łączyć się z osobami niemagicznymi. Wyklął mnie, gdy ożeniłem się z twoją matką, ale przyjął z powrotem, kiedy rozwiodłem się i wróciłem. Powiedział tylko "a nie mówiłem" i zaczął szukać mi nowej żony wśród czarownic. Nie zdążył. Pół roku później ciężko zachorował. Zmarł po dwóch latach.
Laura przez chwilę milczała, bacznie obserwując ojca.
- A czy to, że ja jestem... mieszańcem, ma jakieś znaczenie? - zapytała, gdy przechodzili przez korytarz na parterze.
- Cóż... Do Slytherinu na pewno nie trafisz - zaśmiał się tata.
- Co to jest Slytherin? - zapytała natychmiast Laura, bo było to kolejne nowe dla niej słowo.
- Jeden z domów Hogwartu, Szkoły Magii i Czarodziejstwa, w której niebawem rozpoczniesz naukę - odparł spokojnie Myron Sylvanus. - Do Slytherinu trafiają uczniowie sprytni i "czystej krwi", czyli tacy, w których rodzinie nie było mugola. Przynajmniej tak mówią. Poza nim są jeszcze Ravenclaw, Hufflepuff i Gryffindor. Na pewno są od niego lepsze. Ze Slytherinu wyszło najwięcej czarnoksiężników. Jesteśmy.
Pchnął drzwi i weszli do przestronnej kuchni. Z sufitu zwieszały się mosiężne garnki i kociołki, na wysepce po środku ustawione były misy ze świeżymi owocami i warzywami. Na piecu coś bulgotało w garnkach, napełniając pomieszczenie smakowitymi zapachami.
- Chciałem ci przedstawić Titubę, naszą domową skrzatkę - powiedział ojciec.
Do Laury podeszła najdziwniejsza istota, jaką w życiu widziała - nawet w porównaniu z poznanym przed chwilą pradziadkiem-duchem.
Tituba sięgała jej do pasa, miała duże zielone oczy i ogromne uszy - jak u nietoperza. Pomiędzy nimi, na czubku głowy, jak antenka sterczał jej lok jasnych włosów, a jej nos, bardzo przypominał Laurze śliwkę. Do tego ubrana była w brązowe prześcieradło, uformowane na kształt togi.
- Miło mi panienkę poznać, mademoiselle - zapiszczała Tituba, kłaniając się jej nisko.
- Eee... Mnie ciebie również... Titubo - odparła Laura. Nie bardzo wiedziała jak powinna się zachowywać względem niej.
Dopiero później tata wytłumaczył jej, że skrzaty domowe są istotami zobowiązanymi służyć jednemu domowi i jednej rodzinie, czyli zdejmować ze swych właścicieli wiele obowiązków. Muszą być posłuszne i bezwzględnie wypełniać polecenia. Jeśli skrzat byłby nieposłuszny, można zwolnić go ze służby, dając mu kawałek ubrania, co ich gatunek poczytuje sobie za ogromną hańbę. W domu Sylvanusów, Tituba była jednak uważana za członka rodziny. Wszyscy traktowali ją z takim samym szacunkiem z jakim ona ich i Laurze bardzo to odpowiadało. Tylko Mary Ann pokłóciła się z nią pierwszego dnia o to, która z nich zrobi pranie i przygotuje kolację.
- To co ja w takim razie mam robić? - zapytała załamana Mary Ann, gdy ojciec rozsądził spór na rzecz skrzatki.
- Poczytaj książkę, posłuchaj muzyki, albo zrób coś, czego dawno nie robiłaś, a masz na to wielką ochotę - podsunął pan Sylvanus. - Dość się już napracowałaś, a Titubie byłoby bardzo przykro, gdyby nie mogła wypełniać swoich obowiązków. Może jak się lepiej poznacie, pozwoli ci czasami wyjść po zakupy . - Uśmiechnął się delikatnie. - Choć z wiadomych przyczyn, wolałbym nie.
Przez koleje trzy tygodnie, zakaz wychodzenia na zewnątrz zupełnie Laurze nie przeszkadzał. Pomagała Porkowi oraz Mary Ann urządzić się w wybranych przez nich pokojach na dole i nauczyła się, że rano przylatuje sowa, dostarczająca gazetę czarodziejów - "Proroka Codziennego". Za dostarczenie przesyłki, należało zapłacić jej pięć knutów. Wciąż nie mogła zapamiętać ile knutów przypada na jednego sykla, a ile sykli na galeona - system monetarny magów był dość skomplikowany, ale na razie tym się nie przejmowała. Jak często powtarzał tata: wszystkiego nauczy się z czasem.
Natomiast "Prorok Codzienny", zaraz po dostarczeniu, dostawał się w ręce Porka, który chciał jak najwięcej dowiedzieć się o świecie czarodziejów. Był on dla niego tak samo nowy i fascynujący jak dla Laury.
I była jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, do której dziewczynka przyzwyczaiła się najpóźniej. Mowa oczywiście o duchach, które przybywały na Middle Temple Lane, aby odwiedzić jej pradziadka. Naprawdę, trudno było się nie wzdrygnąć, gdy zobaczyło się perłowobiałą postać, przenikającą przez drzwi frontowe, aby wejść jak należy, albo sunącą w górę po schodach w chwili, gdy najmniej się tego spodziewało i miało się akurat zamiar zjechać po krętej poręczy.
Niektóre z duchów, zwłaszcza dwa, które pojawiały się najczęściej, potrafiła już rozpoznać i sporo o nich wiedziała. Pierwszym był upiorny stronnik Karola I z czasów wojny domowej. Jak twierdziła Tituba, rezydował od w pobliskim pubie The George i pomimo usilnych starań Ministerstwa Magii, wciąż straszył tamtejszy personel. Drugim z duchów był z wyglądu około trzydziestoletni mężczyzna o pulchnej twarzy i przylizanych włosach z przedziałkiem z lewej strony. Skrzatka mówiła o nim jako o Olivierze Goldsmithcie, dramaturgu pochowanym na cmentarzu przy Temple Church, który uwielbiał bywać w Old Cock Tavern. Czasami można było zobaczyć tylko jego głowę.
Z Titubą spędzała długie godziny w kuchni. Skrzatka odpowiadała na wszystkie jej pytania, dotyczące świata magii i co chwilę częstowała różnymi smakołykami. Dużo czasu Laura poświęcała na poznanie nowego, ogromnego domu, dotarła nawet do piwnicy, gdzie z każdego kąta wprost emanowała magia. Było tutaj mnóstwo rzeczy, których zastosowania jeszcze nie znała, ale miała nadzieję je poznać i to jak najszybciej.
Na własnej skórze przekonała się, że jej przodkowie z portretów są wszędobylscy i wszystko chcą wiedzieć. Potrafili śledzić jej każdy krok. Doszło nawet do tego, że po tygodniu mieszkania przy Middle Temple Lane, usunęła ze swojego pokoju obraz z pięknym feniksem, aby przynajmniej tam móc zaznać spokoju i samotności. Jedynym nie zbadanym piętrem w domu pozostawał dla niej strych. Jakoś nie czuła się dobrze usposobiona do kolejnego spotkania z pradziadkiem.
Znała więc już niemal wszystko poza... ojcem. Szybko zrozumiała co znaczyło to, że Myron Sylvanus jest człowiekiem bardzo zajętym. Wychodził wcześnie rano i wracał późno wieczorem. Czasami w ogóle nie zjawiał się na noc. Bywało również, że ledwo wrócił a w kominku, jak czarodzieje mieli w zwyczaju się komunikować, pojawiała się głowa jakiegoś innego pracownika jego wydziału, który prosił, aby pan Sylvanus wrócił, bo będzie jeszcze potrzebny. Laurę coraz bardziej to irytowało. Nie miała ojca przez jedenaście lat i teraz chciałaby w końcu go poznać. A Tituba cierpliwie tłumaczyła, że to wszystko przez tego czarnoksiężnika, i że będą mieli jeszcze wiele czasu później.
Któregoś dnia na początku lipca, Laura odważyła się zrobić uwagę na ten temat przy ojcu, podczas jednej z tych nielicznych kolacji, które mieli okazję zjeść razem.
- Wkrótce to się zmieni - zapewnił Myron Sylvanus, ale chwilę później wyszedł z domu i wrócił dopiero następnego dnia.
Nienajlepszy nastrój Laury poprawił się dopiero w sobotę. Jak co rano zeszła do kuchni, aby przy filiżance zbożowej kawy czekać na nadejście "Proroka Codziennego", gdy do okna zapukała sowa. Nie przyniosła jednak gazety, do jej nóżki przywiązany był list, zaadresowany do... Laury! Dziewczynka pospiesznie rozerwała kopertę, doszczętnie niszcząc pieczęć z krukiem, gryfem, borsukiem i wężem wokół wielkiej litery H, i wyciągnęła z niej pergaminową kartę:
HOGWART
SZKOŁA
MAGII I CZARODZIEJSTWA
Dyrektor: ALBUS DUMBLEDORE
(Order Merlina Pierwszej Klasy, Wielki Czar., Gł. Mag, Największa Szycha, Międzynarodowa Konfed. Czarodziejów)
Szanowna Panno Sylvanus,
Mamy przyjemność poinformować Panią, że została Pani przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia. Rok szkolny rozpoczyna się 1 września.
Oczekujemy Pani sowy nie później niż 31 lipca.
Z wyrazami szacunku,
M. McGonagall
zastępca dyrektora
Jedno zerknięcie na listę wspomnianego wyposażenia wystarczyło, aby utwierdzić Laurę w przekonaniu, że teraz to już tata będzie musiał poświecić jej trochę czasu, aby zabrać ją na porządne zakupy. A póki co, trzeba znaleźć Titubę i dowiedzieć się co znaczy "oczekujemy pani sowy".







