poniedziałek, 13.września.2010, 18:46
Maj dobiegał końca, a płatki kwiatów z drzew spadały... spadały... Wiatr otrząsał je, równocześnie przeganiając białosiwe chmury. Cała ulica w nich tonęła... Biegła przez nie jak przez ciepły śnieg. Byle jak najprędzej. Nie powinna w ogóle wychodzić z domu, ale musiała. Tylko co będzie, jeśli ją ktoś przyłapie. Nie chciała o tym myśleć. Wiedziała, że jedenastoletnie dziewczynki powinny o tej porze być w domu.
Chmury rozmywały się na granatowym niebie, przysłaniając zimne gwiazdy. Gwiazdy, które zdawały się razić swoim chłodnym blaskiem. Złote światła londyńskich latarni zdawały się być jakieś przygaszone i nieprzekonane czy w ogóle powinny świecić.
Nareszcie się ich pozbędzie. Stanęła na moście, zastanawiając się, czy nie zrezygnować. Może się wróci i je zachowa. Nie było w nich nic ciekawego, nie miała do nich sentymentu. Były taką małą cząstką jej życia. Przekładała je jeszcze chwilę w dłoniach. Listy pisane do nikogo. W które, odkąd tylko nauczyła się pisać, wylewała cały swój ból. Być może, piszą je, wyobrażała sobie, że pisze je do ojca, którego nigdy nie poznała. Nie miała o to do niego żalu, ostatecznie, gdyby ona miała spędzić całe życie ze swoją matką, też by uciekła. Zaraz, zaraz... Miała zamiar uciec. Gdy tylko dorośnie...
Ach, przecież to głupie! Wyrzuciła je. Wyrzuciła listy, ale ku jej rozczarowaniu nie utonęły w wodzie. Wiatr poniósł je gdzieś w przybrzeżne zarośla.
Nie! Nie! Przecież miały utonąć! A wraz z nimi, wszystkie te myśli. A z drugiej strony... Przecież i tak nikt ich nie znajdzie, a nawet jeśli, to nie będzie wiedział, że to jej. Nie wymienia w nich nikogo z imienia i nazwiska.
A jednak to nie miało być tak! Coś w środku naciskało, by jednak zeszła, zebrała je i wrzuciła do wody.
Schody były strome i śliskie. Musiała być naprawdę zdesperowana, skoro zadawała sobie tyle trudu. Wyrwało się jej parę nieprzyjemnych słów, ale gdy nareszcie znalazła się na dole, wstąpiła w nią nowa energia.
Było bardzo ciemno. Chmury gęstniały i obawiała się, że zaraz lunie deszcz.
- Jeszcze tego brakuje. Dlaczego akurat dzisiaj musi mi się wszystko psuć?!
Właściwie ten dzień nie był jakiś wyjątkowy. Nie robiła sobie nic z tego, że akurat dzisiaj ma urodziny. Nigdy ich w jakiś specjalny sposób nie świętowała. Po prostu założyła sobie, że załatwi tę sprawę szybko i wróci do domu.
Krzewy były gęste i nie mogła nigdzie znaleźć swojej zguby. Dostrzegła czerwoną wstążkę, którą były przewiązane, więc... zaraz... gdzieś tutaj powinny być...
I nagle - to co zobaczyła, przeszyło ją do głębi - ktoś zbierał jej listy!
- Hej! - wykrzyknęła. - Kto ci pozwolił...
Słowa ugrzęzły jej w gardle. Osobnik nagle zniknął. Po prostu rozpłynął się w powietrzu.
Starała się zebrać myśli. Głupie listy... Bardziej kartki z pamiętnika niż listy... Brednie pisane pod wpływem jakiś emocji. Na pewno nie była jedyną osobą, która pisała listy, żeby później wysłać je do szuflady... Ale teraz to nieważne... Ktoś miał jej własność! Bardzo osobistą własność. I wcale jej to nie odpowiadało. Niestety, zdrowy rozsądek jasno podpowiadał, że skoro nie widziała twarzy tej osoby, nie miała żadnej szansy na odzyskanie tego, co do niej należy. No i jak to - zniknął?
Z drugiej strony, ciemność była dla niej zasłoną. Jej twarzy też z pewnością nie było widać.
Powlokła się z powrotem do domu. W końcu cel został osiągnięty - pozbyła się listów. A że nie w taki sposób jak zamierzała... Cóż, nie zawsze życie układa się tak, jakbyśmy tego chcieli... Laura Sylvanus, bo tak nazywała się owa dziewczynka, wiedziała o tym nad wyraz dobrze.
Wybrała drogę przez park, mając nadzieję, że deszcz jednak nie spadnie. Mgły zaczynały się snuć w oddali... Lubiła taką pogodę, ponieważ kojarzyła się jej z jesienią. A jesień była taka nastrojowa. Wtedy zaczynała wierzyć, że wszystko jednak będzie dobrze - do Bożego Narodzenia, kiedy samotność doskwierała jej najbardziej.
Nie chciała myśleć o niczym. Chciała przyłożyć głowę do poduszki i zasnąć. Na chwilę uciec w świat snów.
Zatrzymała się przed szeregiem kamienic z jasnej cegły. Wszystkie niezwykle eleganckie, wykwintne... We wszystkich mieszkały z pozoru kochające się rodziny, takie same jak jej. Laura była pewna, że sielanka w każdym z nich jest tak samo udawana... Tak samo pozorna. Nie cierpiała tych zakłamanych ludzi, uważających, że swoje brudy można prać wyłącznie we własnym towarzystwie. Ludzi samotnych, którzy udawali, że są tak szczęśliwi.
Nie wierzyła w szczęście. Nie wierzyła w radość. Mimo młodego wieku wiedziała, że życie polega na udawaniu i ukrywaniu swojego prawdziwego ja. Choć nie chciała takiego świata, musiała w nim żyć. Przystosować się do reguł w nim panujących. Im szybciej to zrobi, tym lepiej dla niej. Pora porzucić dziecięce marzenia, pragnienie lepszego życia.
Poczuła ukłucie bólu, ale wiedziała, że tak musi być. Otarła oczy, które zaszły łzami, wzięła głęboki oddech, wspięła się po białych schodach i pchnęła drzwi. Niektórzy rodzice potrafią zgotować swoim dzieciom prawdziwe piekło. Lepiej wierzyć, że nie jest się jedyną osobą w takiej sytuacji. Łatwiej żyć, łudząc się, że obok są inni, którzy czują tak samo.
Nigdy nie uda się jej uciec od tego społeczeństwa, więc lepiej się nie wyróżniać. Jeśli nawet kiedyś marzyła, że ktoś ją stąd zabierze, teraz straciła nadzieję.
Dom był cichy i pusty. Pokojówka i kucharka na pewno dawno już śpią. Jutro muszą wcześnie wstać, jeśli nie chcą, aby matka znów się na nie wściekała i groziła zwolnieniem ze służby, jak to miała w zwyczaju, gdy coś nie działo się po jej myśli.
Oczywiście, główną "rzeczą", która nie była po jej myśli, była jej córka. Laura zawsze doprowadzała matkę do białej gorączki, choćby nie wiem jak się starała. Nigdy nie była dość dobra, zawsze wszystko można było zrobić lepiej.
Przemierzyła ciemny korytarz, nawet nie próbując zapalić światła. Wspięła się schodami na piętro. Przeszła koło drzwi do sypialni matki. Na pewno nawet nie było jej w domu. Od kilku tygodni mówiła wyłącznie o tym bankiecie, który dzisiaj organizowała. Dobierała fryzurę, makijaż, buty i suknię. I nic ją nie obchodziło to, że tego samego dnia jej jedyne dziecko ma urodziny tego samego dnia. Zapewne nawet przez myśl jej nie przeszło, że córka, bez względu na to, jakie relacje je łączyły, chciałaby spędzić ten dzień z nią.
Laura odpędziła od siebie tę myśl. Weszła do łazienki. Brązowo-kremowy wystrój nadawał pomieszczeniu dziwny, ciepły nastrój. Tak różny od chłodu panującego w domu. Odkręciła wodę, wylała na gąbkę sporą ilość żelu pachnącego bergamotą. Zmyła z siebie resztki błota i ziemi, którymi pobrudziła się nad rzeką. Otuliła się szczelnie ręcznikiem kąpielowym i cichaczem przeszła do swojego pokoju. Przebrała się w białą koszulę nocną i od razu zapadła, w niezbyt zresztą spokojny, sen.
W innej części Londynu Myron Sylvanus wszedł do swojego domu i powiesił na mahoniowym wieszaku czarny płaszcz czarodzieja. Po omacku zapalił lampę naftową stojącą na komodzie w przedpokoju. Oświetliła zmęczoną twarz szpakowatego mężczyzny dobrze po trzydziestce. Szare oczy przymykały mu się z niewyspania. Nie poszedł jednak do łóżka. Przeszedł do salonu i usadowił się w wygodnym fotelu przy stojącym pod oknem biurku. Obok stosu papierów przyniesionych z pracy położył kilkanaście złożonych kartek zapisanych ręką dziecka. Listy, które zebrał dzisiaj w nocy nad rzeką.
Oparł łokcie o biurko i ukrył twarz w dłoniach. Nie mógł ich przecież przeczytać, była to prywatna korespondencja jego córki.
Spróbował się skupić na pracy. Kolejne zaginięcia czarodziejów, kolejne niewyjaśnione śmierci... A to wszystko z całą pewnością za sprawą jednej osoby. Lord Voldemort rozpanoszył się w Wielkiej Brytanii na dobre. I te jego pogróżki... Biuro Aurorów nie może się już dłużej oszukiwać, świat czarodziejów znalazł się w stanie wojny. Więc dlaczego nie może się na tym skupić? Dlaczego jego myśli wciąż uciekają do tych listów, do tego mostu, do domu przy Whitehall. Przecież są teraz ważniejsze sprawy! Wściekły na siebie, raz jeszcze zajrzał do swoich papierów.
Od lat przychodził pod dom swojej żony, byle tylko zobaczyć ją i córkę, dowiedzieć się co u nich słychać, jak żyją. Gdy urodziła się Laura, a Myron wyznał żonie, że on i, prawdopodobnie, ich córka są czarodziejami, kobieta kazała mu się więcej nie pokazywać jej na oczy. Nie mógł jednak oprzeć się pokusie przychodzenia pod ten dom, w nocy, gdy nikt nie mógł go zobaczyć. Obawiał się, że nie dzieje się tam najlepiej. Jego żona nie znosiła magii, a nie dało się ukryć, że ich córka była czarownicą. Bezwiednie sięgnął po jeden z listów. Przebiegł wzrokiem pismo dziewczynki, ale to, co wyczytał kazało mu sięgnąć po kolejny i jeszcze następny. Z każdym listem miłość do żony, której przez tyle lat bezskutecznie starał się pozbyć wyparowywała z jego serca. Czy mógł się tak bardzo mylić co do jej charakteru? I jak można było zgotować takie piekło własnemu dziecku? A gdzie on był przez te wszystkie lata, gdy córka tak go potrzebowała?
Nad ranem, gdy pierwsze promienie porannego słońca zaczęły wpadać do pokoju przez przybrudzone szyby, tak samo nienawidził żonę, jak i siebie. Tak, on jest współwinny temu wszystkiemu. Ale teraz wszystko naprawi. Teraz wszystko się zmieni. Laura będzie miała dom, na który zasługuje. Ciepły, kochający dom. Tylko najpierw on, jej ojciec, musi iść do pracy. Nie może narażać Bogu ducha winnych czarodziejów na niebezpieczeństwo, tylko dlatego, że kiedyś popełnił błąd. Zresztą, nigdy nie pomoże swojej córce, jeśli wcześniej jego szef - Alastor Moody - wypatroszy go za to, że nie stawił się na czas w Biurze Aurorów.
Przeszedł do kuchni i naprędce wypił mocną kawę, wziął do ręki dwa przypalone tosty, złapał leżące na biurku papiery i wyszedł z domu w opadającą mgłę. Na wszystko przyjdzie czas.
Mijały kolejne tygodnie, a w życiu Laury Sylvanus nic się nie zmieniało, no, może poza tym, że skończyła szkołę podstawową. Właściwie, na co ona liczyła? Przecież już w dniu swoich jedenastych urodzin miała pogodzić się ze swoim losem. Okazało się to nie być takie proste.
Od jej pamiętnej, nocnej wycieczki, szuflada znów zaczęła wypełniać się listami, tym razem każdy zaczynał się już wprost słowami: "Tato...", "Tatusiu..." Jakby wzywała pomocy ojca, którego imienia nawet nie znała, nie wspominając już o adresie. Zresztą, ojciec mógł w ogóle nie wiedzieć o jej istnieniu. Słyszała o takich wypadkach, a biorąc pod uwagę wyczyny swojej matki, Laura wcale by się nie zdziwiła, gdyby tak było. Chociaż nie, jednak jej rodzice musieli być kiedyś małżeństwem. Rok temu, podczas generalnego remontu domu, w jednym z worków ze śmieciami znalazła podartą, ślubną fotografię rodziców, datowaną na kilka miesięcy przed jej narodzinami. Pieczołowicie posklejane zdjęcie, spoczywało teraz pod materacem w łóżku dziewczynki i była jej największym skarbem, choć drżała na samą myśl, że matka mogłaby się dowiedzieć, że wyjęła je z rzeczy, które kazała natychmiast wyrzucić. Obok niego ukryta była też obrączka z wyrytym imieniem Myron i tą samą datą, co na ślubnej fotografii. Spokoju nie dawało jednak Laurze to, że nosi inne nazwisko niż matka. Kiedyś nawet odważyła się zapytać o to ich pokojówkę. Przesympatyczna starsza kobieta wyjawiła jej w tajemnicy, że matka używa panieńskiego nazwiska.
A jeśli tata nie żyje?, zastanawiała się czasami z przerażeniem. Nie, na pewno Mary Ann by jej o tym powiedziała, a przecież wyraźnie słyszała kiedyś, że jej ojciec rozstał się z mamą. No i na pewno, gdyby nie żył, w domu byłaby jakaś jego fotografia i matka nie wyrzucałaby pamiątek po nim. Nie była aż tak wyrachowana. I z całą pewnością zabierałaby córkę na cmentarz, albo przynajmniej kazałaby to robić komuś innemu.
Wszystkie te myśli pędziły przez głowę dziewczynki, gdy pewnego lipcowego dnia jadła z mamą śniadanie. Mama jak zawsze odnosiła się do niej z chłodną uprzejmością, co jakiś czas, rzucając tylko krótkie polecenia, takie jak: "Podaj mi masło, proszę", "Dziękuję", "Czy mogłabyś przysunąć marmoladę?".
Te ugrzecznione stosunki, o mały włos nie doprowadzały Laury do łez wściekłości. I nic nie pomagały tutaj usilne starania Mary Ann, aby ją rozweselić ilekroć przynosiła coś na stół. Jedyną rzeczą, która pocieszała dziewczynkę, było to, że za chwilę śniadanie się skończy, a matka wyjdzie do pracy.
Tego poranka miało być jednak inaczej. Służąca właśnie nalewała kawy zbożowej do filiżanek swojej pani i jej córki, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Majordomus natychmiast poszedł otworzyć, a gdy wrócił do salonu jego twarz wyrażała bezbrzeżne przerażenie. Tuż za nim kroczył wysoki, szczupły mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze. Matka na jego widok na krótką chwilę zesztywniała, a potem poderwała się z krzesła:
- To ty... - wysyczała przez zaciśnięte zęby.
Chmury rozmywały się na granatowym niebie, przysłaniając zimne gwiazdy. Gwiazdy, które zdawały się razić swoim chłodnym blaskiem. Złote światła londyńskich latarni zdawały się być jakieś przygaszone i nieprzekonane czy w ogóle powinny świecić.
Nareszcie się ich pozbędzie. Stanęła na moście, zastanawiając się, czy nie zrezygnować. Może się wróci i je zachowa. Nie było w nich nic ciekawego, nie miała do nich sentymentu. Były taką małą cząstką jej życia. Przekładała je jeszcze chwilę w dłoniach. Listy pisane do nikogo. W które, odkąd tylko nauczyła się pisać, wylewała cały swój ból. Być może, piszą je, wyobrażała sobie, że pisze je do ojca, którego nigdy nie poznała. Nie miała o to do niego żalu, ostatecznie, gdyby ona miała spędzić całe życie ze swoją matką, też by uciekła. Zaraz, zaraz... Miała zamiar uciec. Gdy tylko dorośnie...
Ach, przecież to głupie! Wyrzuciła je. Wyrzuciła listy, ale ku jej rozczarowaniu nie utonęły w wodzie. Wiatr poniósł je gdzieś w przybrzeżne zarośla.
Nie! Nie! Przecież miały utonąć! A wraz z nimi, wszystkie te myśli. A z drugiej strony... Przecież i tak nikt ich nie znajdzie, a nawet jeśli, to nie będzie wiedział, że to jej. Nie wymienia w nich nikogo z imienia i nazwiska.
A jednak to nie miało być tak! Coś w środku naciskało, by jednak zeszła, zebrała je i wrzuciła do wody.
Schody były strome i śliskie. Musiała być naprawdę zdesperowana, skoro zadawała sobie tyle trudu. Wyrwało się jej parę nieprzyjemnych słów, ale gdy nareszcie znalazła się na dole, wstąpiła w nią nowa energia.
Było bardzo ciemno. Chmury gęstniały i obawiała się, że zaraz lunie deszcz.
- Jeszcze tego brakuje. Dlaczego akurat dzisiaj musi mi się wszystko psuć?!
Właściwie ten dzień nie był jakiś wyjątkowy. Nie robiła sobie nic z tego, że akurat dzisiaj ma urodziny. Nigdy ich w jakiś specjalny sposób nie świętowała. Po prostu założyła sobie, że załatwi tę sprawę szybko i wróci do domu.
Krzewy były gęste i nie mogła nigdzie znaleźć swojej zguby. Dostrzegła czerwoną wstążkę, którą były przewiązane, więc... zaraz... gdzieś tutaj powinny być...
I nagle - to co zobaczyła, przeszyło ją do głębi - ktoś zbierał jej listy!
- Hej! - wykrzyknęła. - Kto ci pozwolił...
Słowa ugrzęzły jej w gardle. Osobnik nagle zniknął. Po prostu rozpłynął się w powietrzu.
Starała się zebrać myśli. Głupie listy... Bardziej kartki z pamiętnika niż listy... Brednie pisane pod wpływem jakiś emocji. Na pewno nie była jedyną osobą, która pisała listy, żeby później wysłać je do szuflady... Ale teraz to nieważne... Ktoś miał jej własność! Bardzo osobistą własność. I wcale jej to nie odpowiadało. Niestety, zdrowy rozsądek jasno podpowiadał, że skoro nie widziała twarzy tej osoby, nie miała żadnej szansy na odzyskanie tego, co do niej należy. No i jak to - zniknął?
Z drugiej strony, ciemność była dla niej zasłoną. Jej twarzy też z pewnością nie było widać.
Powlokła się z powrotem do domu. W końcu cel został osiągnięty - pozbyła się listów. A że nie w taki sposób jak zamierzała... Cóż, nie zawsze życie układa się tak, jakbyśmy tego chcieli... Laura Sylvanus, bo tak nazywała się owa dziewczynka, wiedziała o tym nad wyraz dobrze.
Wybrała drogę przez park, mając nadzieję, że deszcz jednak nie spadnie. Mgły zaczynały się snuć w oddali... Lubiła taką pogodę, ponieważ kojarzyła się jej z jesienią. A jesień była taka nastrojowa. Wtedy zaczynała wierzyć, że wszystko jednak będzie dobrze - do Bożego Narodzenia, kiedy samotność doskwierała jej najbardziej.
Nie chciała myśleć o niczym. Chciała przyłożyć głowę do poduszki i zasnąć. Na chwilę uciec w świat snów.
Zatrzymała się przed szeregiem kamienic z jasnej cegły. Wszystkie niezwykle eleganckie, wykwintne... We wszystkich mieszkały z pozoru kochające się rodziny, takie same jak jej. Laura była pewna, że sielanka w każdym z nich jest tak samo udawana... Tak samo pozorna. Nie cierpiała tych zakłamanych ludzi, uważających, że swoje brudy można prać wyłącznie we własnym towarzystwie. Ludzi samotnych, którzy udawali, że są tak szczęśliwi.
Nie wierzyła w szczęście. Nie wierzyła w radość. Mimo młodego wieku wiedziała, że życie polega na udawaniu i ukrywaniu swojego prawdziwego ja. Choć nie chciała takiego świata, musiała w nim żyć. Przystosować się do reguł w nim panujących. Im szybciej to zrobi, tym lepiej dla niej. Pora porzucić dziecięce marzenia, pragnienie lepszego życia.
Poczuła ukłucie bólu, ale wiedziała, że tak musi być. Otarła oczy, które zaszły łzami, wzięła głęboki oddech, wspięła się po białych schodach i pchnęła drzwi. Niektórzy rodzice potrafią zgotować swoim dzieciom prawdziwe piekło. Lepiej wierzyć, że nie jest się jedyną osobą w takiej sytuacji. Łatwiej żyć, łudząc się, że obok są inni, którzy czują tak samo.
Nigdy nie uda się jej uciec od tego społeczeństwa, więc lepiej się nie wyróżniać. Jeśli nawet kiedyś marzyła, że ktoś ją stąd zabierze, teraz straciła nadzieję.
Dom był cichy i pusty. Pokojówka i kucharka na pewno dawno już śpią. Jutro muszą wcześnie wstać, jeśli nie chcą, aby matka znów się na nie wściekała i groziła zwolnieniem ze służby, jak to miała w zwyczaju, gdy coś nie działo się po jej myśli.
Oczywiście, główną "rzeczą", która nie była po jej myśli, była jej córka. Laura zawsze doprowadzała matkę do białej gorączki, choćby nie wiem jak się starała. Nigdy nie była dość dobra, zawsze wszystko można było zrobić lepiej.
Przemierzyła ciemny korytarz, nawet nie próbując zapalić światła. Wspięła się schodami na piętro. Przeszła koło drzwi do sypialni matki. Na pewno nawet nie było jej w domu. Od kilku tygodni mówiła wyłącznie o tym bankiecie, który dzisiaj organizowała. Dobierała fryzurę, makijaż, buty i suknię. I nic ją nie obchodziło to, że tego samego dnia jej jedyne dziecko ma urodziny tego samego dnia. Zapewne nawet przez myśl jej nie przeszło, że córka, bez względu na to, jakie relacje je łączyły, chciałaby spędzić ten dzień z nią.
Laura odpędziła od siebie tę myśl. Weszła do łazienki. Brązowo-kremowy wystrój nadawał pomieszczeniu dziwny, ciepły nastrój. Tak różny od chłodu panującego w domu. Odkręciła wodę, wylała na gąbkę sporą ilość żelu pachnącego bergamotą. Zmyła z siebie resztki błota i ziemi, którymi pobrudziła się nad rzeką. Otuliła się szczelnie ręcznikiem kąpielowym i cichaczem przeszła do swojego pokoju. Przebrała się w białą koszulę nocną i od razu zapadła, w niezbyt zresztą spokojny, sen.
W innej części Londynu Myron Sylvanus wszedł do swojego domu i powiesił na mahoniowym wieszaku czarny płaszcz czarodzieja. Po omacku zapalił lampę naftową stojącą na komodzie w przedpokoju. Oświetliła zmęczoną twarz szpakowatego mężczyzny dobrze po trzydziestce. Szare oczy przymykały mu się z niewyspania. Nie poszedł jednak do łóżka. Przeszedł do salonu i usadowił się w wygodnym fotelu przy stojącym pod oknem biurku. Obok stosu papierów przyniesionych z pracy położył kilkanaście złożonych kartek zapisanych ręką dziecka. Listy, które zebrał dzisiaj w nocy nad rzeką.
Oparł łokcie o biurko i ukrył twarz w dłoniach. Nie mógł ich przecież przeczytać, była to prywatna korespondencja jego córki.
Spróbował się skupić na pracy. Kolejne zaginięcia czarodziejów, kolejne niewyjaśnione śmierci... A to wszystko z całą pewnością za sprawą jednej osoby. Lord Voldemort rozpanoszył się w Wielkiej Brytanii na dobre. I te jego pogróżki... Biuro Aurorów nie może się już dłużej oszukiwać, świat czarodziejów znalazł się w stanie wojny. Więc dlaczego nie może się na tym skupić? Dlaczego jego myśli wciąż uciekają do tych listów, do tego mostu, do domu przy Whitehall. Przecież są teraz ważniejsze sprawy! Wściekły na siebie, raz jeszcze zajrzał do swoich papierów.
Od lat przychodził pod dom swojej żony, byle tylko zobaczyć ją i córkę, dowiedzieć się co u nich słychać, jak żyją. Gdy urodziła się Laura, a Myron wyznał żonie, że on i, prawdopodobnie, ich córka są czarodziejami, kobieta kazała mu się więcej nie pokazywać jej na oczy. Nie mógł jednak oprzeć się pokusie przychodzenia pod ten dom, w nocy, gdy nikt nie mógł go zobaczyć. Obawiał się, że nie dzieje się tam najlepiej. Jego żona nie znosiła magii, a nie dało się ukryć, że ich córka była czarownicą. Bezwiednie sięgnął po jeden z listów. Przebiegł wzrokiem pismo dziewczynki, ale to, co wyczytał kazało mu sięgnąć po kolejny i jeszcze następny. Z każdym listem miłość do żony, której przez tyle lat bezskutecznie starał się pozbyć wyparowywała z jego serca. Czy mógł się tak bardzo mylić co do jej charakteru? I jak można było zgotować takie piekło własnemu dziecku? A gdzie on był przez te wszystkie lata, gdy córka tak go potrzebowała?
Nad ranem, gdy pierwsze promienie porannego słońca zaczęły wpadać do pokoju przez przybrudzone szyby, tak samo nienawidził żonę, jak i siebie. Tak, on jest współwinny temu wszystkiemu. Ale teraz wszystko naprawi. Teraz wszystko się zmieni. Laura będzie miała dom, na który zasługuje. Ciepły, kochający dom. Tylko najpierw on, jej ojciec, musi iść do pracy. Nie może narażać Bogu ducha winnych czarodziejów na niebezpieczeństwo, tylko dlatego, że kiedyś popełnił błąd. Zresztą, nigdy nie pomoże swojej córce, jeśli wcześniej jego szef - Alastor Moody - wypatroszy go za to, że nie stawił się na czas w Biurze Aurorów.
Przeszedł do kuchni i naprędce wypił mocną kawę, wziął do ręki dwa przypalone tosty, złapał leżące na biurku papiery i wyszedł z domu w opadającą mgłę. Na wszystko przyjdzie czas.
Mijały kolejne tygodnie, a w życiu Laury Sylvanus nic się nie zmieniało, no, może poza tym, że skończyła szkołę podstawową. Właściwie, na co ona liczyła? Przecież już w dniu swoich jedenastych urodzin miała pogodzić się ze swoim losem. Okazało się to nie być takie proste.
Od jej pamiętnej, nocnej wycieczki, szuflada znów zaczęła wypełniać się listami, tym razem każdy zaczynał się już wprost słowami: "Tato...", "Tatusiu..." Jakby wzywała pomocy ojca, którego imienia nawet nie znała, nie wspominając już o adresie. Zresztą, ojciec mógł w ogóle nie wiedzieć o jej istnieniu. Słyszała o takich wypadkach, a biorąc pod uwagę wyczyny swojej matki, Laura wcale by się nie zdziwiła, gdyby tak było. Chociaż nie, jednak jej rodzice musieli być kiedyś małżeństwem. Rok temu, podczas generalnego remontu domu, w jednym z worków ze śmieciami znalazła podartą, ślubną fotografię rodziców, datowaną na kilka miesięcy przed jej narodzinami. Pieczołowicie posklejane zdjęcie, spoczywało teraz pod materacem w łóżku dziewczynki i była jej największym skarbem, choć drżała na samą myśl, że matka mogłaby się dowiedzieć, że wyjęła je z rzeczy, które kazała natychmiast wyrzucić. Obok niego ukryta była też obrączka z wyrytym imieniem Myron i tą samą datą, co na ślubnej fotografii. Spokoju nie dawało jednak Laurze to, że nosi inne nazwisko niż matka. Kiedyś nawet odważyła się zapytać o to ich pokojówkę. Przesympatyczna starsza kobieta wyjawiła jej w tajemnicy, że matka używa panieńskiego nazwiska.
A jeśli tata nie żyje?, zastanawiała się czasami z przerażeniem. Nie, na pewno Mary Ann by jej o tym powiedziała, a przecież wyraźnie słyszała kiedyś, że jej ojciec rozstał się z mamą. No i na pewno, gdyby nie żył, w domu byłaby jakaś jego fotografia i matka nie wyrzucałaby pamiątek po nim. Nie była aż tak wyrachowana. I z całą pewnością zabierałaby córkę na cmentarz, albo przynajmniej kazałaby to robić komuś innemu.
Wszystkie te myśli pędziły przez głowę dziewczynki, gdy pewnego lipcowego dnia jadła z mamą śniadanie. Mama jak zawsze odnosiła się do niej z chłodną uprzejmością, co jakiś czas, rzucając tylko krótkie polecenia, takie jak: "Podaj mi masło, proszę", "Dziękuję", "Czy mogłabyś przysunąć marmoladę?".
Te ugrzecznione stosunki, o mały włos nie doprowadzały Laury do łez wściekłości. I nic nie pomagały tutaj usilne starania Mary Ann, aby ją rozweselić ilekroć przynosiła coś na stół. Jedyną rzeczą, która pocieszała dziewczynkę, było to, że za chwilę śniadanie się skończy, a matka wyjdzie do pracy.
Tego poranka miało być jednak inaczej. Służąca właśnie nalewała kawy zbożowej do filiżanek swojej pani i jej córki, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Majordomus natychmiast poszedł otworzyć, a gdy wrócił do salonu jego twarz wyrażała bezbrzeżne przerażenie. Tuż za nim kroczył wysoki, szczupły mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze. Matka na jego widok na krótką chwilę zesztywniała, a potem poderwała się z krzesła:
- To ty... - wysyczała przez zaciśnięte zęby.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (2), Dodaj
2 komentarzy
Następne 1 Poprzednie
|
|
siostra.sobota, 21.maja.2011, 17:28 83.7.94.137 |
|
To jest dobre |
|
|
Aurora Sinistraponiedziałek, 23.maja.2011, 21:14 178.182.19.246 |
|
No jasne siostra, jak gdzieś jest wredna matka to od razu Ci się podoba :D |







